Z tą chorobą się żyje i jakoś funkcjonuje, z dnia na dzień, z tygodnia na tydzień tylko, że jest...smutno, brakuje energii i siły, brakuje chęci a każda, nawet najprostsza czynność staje się wyzwaniem. Brakuje motywacji i chociaż bardzo się staram i bardzo chcę nie czuję radości. Wszystko jest problem a świat przestaje być kolorowy tylko czarno szary. Ludzie przestają mnie interesować, ich sprawy, denerwuje mnie, że czegoś odemnie chcą. I emocje których brak, przestaję czuć cokolwiek, ogarnia mnie coraz wieksza obojętność... I czuję jak staczam się znowu w dół, spadam w przepaść... I te myśli w głowie, głosy które mówią że powinnam to wszystko zakończyć, że przecież mogę spróbować skończyć to trwające psychiczne cierpienie! Ktoś we mnie krzyczy zrób to, do cholery zabij się... A najgorsze jest to, że ja zaczynam coraz częściej o tym znowu myśleć... I przestaje się wszystko liczyć, moje życie jest bez sensu... Masz córkę i co z tego lepiej jej będzie bez takiej matki...a rodzina, znajomi...ha, ha, ha... Tego co czuję, co przeżywam wewnątrz siebie nikt normalny nie jest w stanie zrozumieć, tylko ktoś kto miał lub ma tak samo jak ja...
Mam ochotę przestać funkcjonować, położyć się w łóżku i nie wstawać z niego, spać nie będę bo sen to luksus dla mnie niedostępny coraz częściej... I nie umiem sobie pomóc i nawet łzy nie chcą płynąć z oczu...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz