środa, 26 kwietnia 2017

Wyrzuciłam wszystkie tabletki...

Wyrzuciłam wszystkie leki, i te silne na receptę i te kupowane bez. Wyrzuciłam żyletki, stępiłam noże, popaliłam wszelkie sznurki i żyłki... a wszystko po to żeby nie kusiło a realizacja mojego planu stała się maksymalnie trudna.

To zapisałam w swoim zeszycie.

Zrobiłam to wszystko pod wpływem chwili działając resztkami świadomości. Z perspektywy czasu wiem, że dobrze zrobiłam, pewnie gdyby nie to już targnełabym się na swoje życie. Ktoś powie, że gdybym naprawdę tego chciała to znalazlabym sposób żeby to zrobić. Tylko, że ja chce żyć, a myśli o śmierci są wynikiem mojej choroby, ja nie panuję nad nimi, pojawiają się z nikąd, są bardziej chęcią ucieczki aniżeli faktycznie chęcią śmierci.

Jeżeli ktoś z waszych bliskich mówi o śmierci, o odebraniu sobie życia potraktujcie to poważnie. To jest wołanie o pomoc.

A wy co o tym myślicie? Macie wokół siebie niedoszłych samobójców? A może ktoś zna osoby które odebrały sobie życie?

L4 od psychiatry. Bezsenność.

Kiedy po raz pierwszy szłam do psychiatry byłam przekonana, że po prostu dostanę jakieś tabletki i tyle. Kiedy lekarka zaczęła wypisywać zwolnienie byłam przerażona, nie chciałam tego, myślałam tylko o tym, że będę je musiała zanieść pracodawcy a ten pomyśli, że jestem jakąś wariatką i że nie będzie ze mnie już żadnego porzytku. Chciała od razu dać mi zwolnienie na miesiąc, nie zgodziłam się jednak. Stanęło na dwór dwóch tygodniach, po których była następna wizyta i wtedy zgodziłam się na miesięczne L4 które dostałam.
Z jednej strony nie chciałam zwolnienia, bałam się bezczynnego siedzenia w domu, bałam się że całkiem się załamię. Praca nadawała mi rytm dnia, mobilizowała do działania. Z drugiej strony  wiedziałam, że jestem już w takim stanie, że nie dam rady pracować. Po pracy wracałam do domu tak zmęczona, że nie byłam w stanie już niczego w nim zrobić. To było straszne. Codziennie rano wstawałam i walczyłam ze sobą żeby pójść do pracy, czułam przed tym wewnętrzny opór. Do tego doszły objawy fizyczne- bóle mięśni, stawów, kręgosłupa, żołądka, ciągłe biegunki i okresy tak bolesne, że aż nie do wytrzymania, brałam dużo różnych tabletek przeciwbólowych które niekoniecznie pomagały. Miałam poczucie, że jestem wrakiem człowieka.
Wracałam do domu, piłam kawę i marzyłam tylko o tym żeby pójść spać. A kiedy wreszcie mogłam się położyć sen nie przychodził, a jak przychodził to budziłam się w nocy i nie mogłam już zasnąć. Bywało tak żespałam po zaledwie 2 godziny. Leżałam w łóżku i wsciekałam się próbując zasnąć. Kupowałam w aptece jakieś leki bez recepty na sen ale one nie pomagały. I tak trwałam w tym stanie całkowitego wyczerpania. W końcu pojawiły się myśli samobójcze, chęć zakończenia tego wszystkiego. Marzyłam tylko o tym żeby w końcu się wyspać.

Po czasie myślę, że to zwolnienie było najlepszym co mnie mogło wtedy spotkać. Psychiatra długo mnie do niego przekonywała ale udało się jej i jestem jej za to bardzo wdzięczna.

A pracodawca którego tak się bałam okazał się w porządku. Nie robi mi żadnych problemów z tego powodu. Kierownik zapewnił mnie, że praca na mnie czeka i że nie muszę się bać zwolnienia. To dużo dla mnie znaczy, daje poczucie bezpieczeństwa.

A wy co myślicie o zwolnieniach od psychiatry? Brać je czy nie brać? A może ktoś z was albo z waszych bliskich był na takim zwolnieniu?

wtorek, 25 kwietnia 2017

Początki depresji

Postanowiłam częściowo opublikować moje zapiski z zeszytu zwanego przeze mnie depreśnikiem. Założyłam go ok 3miesiące temu,wtedy jeszcze nie myśląc, że to co się dzieje ze mną i w mojej głowie to depresja.To będzie to co wtedy myślałam, co wtedy czułam.

Początki choroby.
Tak naprawdę nie wiem kiedy to wszystko się zaczęło, chyba w sierpniu tamtego roku, było lato, ciepło. Wtedy zaczęłam się coraz gorzej czuć, coraz częściej brakowało mi energii, coraz częściej byłam smutna, przygnębiona, zdenerwowana. Nie myślałam wtedy, że to coś poważnego. Z tygodnia na tydzień było coraz gorzej, zrzucałam to na karb przepracowania, na zbyt dużą ilość obowiązków, stresy w domu i w pracy, jesienne przesilenie. Prawdziwy kryzys przyszedł w święta Bożego Narodzenia. Od tego momentu było już tylko gorzej i gorzej, bezsenność dawała mi ostro w kość, pojawiły się myśli samobujcze nad którymi coraz ciężej było mi zapanować. Zanim poszłam do psychiatry minęło jeszcze trochę czasu. Na pierwszą wizytę poszłam dopiero w połowie marca, zapisałam się w lutym. Wtedy było już tak źle że cieszyłam się z tego że córka dostała ospy bo mogłam pójść na zwolnienie lekarskie i nie musialam chodzić do pracy. Nie bylam w stanie rano podnieść się z łóżka, przestałam się myć, praktycznie nie jadłam a myśli samobujcze stały się codziennością.

Depresja to ciagłe niebycie.

Przypomniała mi się reklama jakichś tam tabletek na migrenę, kobieta ogląda zdjęcia i mówi nie było mnie tam.
Podobnie jest z depresją.

Depresja to niebycie w rodzinie. Jesteś fizycznie, mobilizujesz się resztkami sił do sprzątania, ugotowania czegokolwiek na obiad, odrobienia z dzieckiem pracy domowej. Robisz to jednak bez przekonania, bez przyjemności.

Depresja to niebycie wśród znajomych, przyjaciół. Rozmowy cię męczą, słuchasz ale często się wyłączasz, gubisz wątek. Przestajesz oddzwaniać, odpisywać na smsy, spotykać się z nimi.

Depresja to niebycie w pracy. Chodzisz do niej bo musisz, bo przecież z czegoś trzeba żyć. Idzie ci jednak w niej coraz gorzej, masz coraz gorsze wyniki, nie masz siły zrobić wszystkiego co do ciebie należy. W końcu rozmowa z szefem, groźba zwolnienia.

Depresja to niebycie samym sobą. Pod wpływem tej choroby zmieniamy się nie do poznania. Stajemy się obcy nawet dla samych siebie. Spoglądamy w lustro i widzimy kogoś innego- przetłuszczone włosy, podkrążone oczy, poszarzała cera, brudne ubranie.

sobota, 22 kwietnia 2017

Niby jest lepiej...

...a tak naprawdę nie jest. Niby poprawił mi się humor ale dopadło mnie zniechęcenie, obojętność. Wstaję rano i marzę żeby już był wieczór, żebym mogła wziąść tabletkę i znowu poszła spać. Nie chce mi się wstawać i najchętniej spedziłabym cały dzień w łóżku, leżąc i oglądając TV. Co oglądając? To bez znaczenia, ważne żeby coś odciagało myśli, zajmowało oczy. Mogę też leżeć i gapić się w sufit...

niedziela, 16 kwietnia 2017

Ostatnie dni

Ostatnie dni upłynęły mi na obojętności. Nic mi się nie chciało, nie dawałam rady wstać rano, jeść, myć się, sprzątać, pisać, a nawet rozmawiać... gadanie i słuchanie to ostatnio czynności wymagające wielkiego wysiłku, wymagające skupienia i koncentracji, które doprowadzają mnie do mega wyczerpania.

Zakończyć to wszystko

Zakończyć to wszystko, to swoje beznadziejne życie. A może wystarczyło by wyłączyć myślenie... tak... tylko żeby tak się dało. Myśli mnie niszczą, powoli zabijają, denerwują, doprowadzają do szaleństwa, wkurwiają, demotywują, doprowadzają do obłędu, powodują bezsenność...ach przestać wreszcie myśleć, przestać zadreczać się myśleniem.

poniedziałek, 10 kwietnia 2017

Atak paniki

Znowu miałam dzisiaj atak paniki. Zdenerwowałam się trudną rozmową tak bardzo że zaczęło mi bić bardzo szybko serce, tak jakby chciało wyskoczyć z piersi, nie mogłam złapać oddechu, cała się trzęsłam. To bardzo dziwne uczucie, jakbyś miała za chwilę umrzeć. Teraz siedzę i próbuje dojść do siebie. Towarzyszy mi też lęk. Strach przed wszystkim, całym światem. Denerwują mnie odgłosy zza okna, jadące samochody, idący ludzie, dźwięki rozmów. Chciałabym znaleźć się w pokoju z zasłoniętymi zasłonami, w ciemności, w ciszy.

Naiwna...

Jestem naiwna, beznadziejnie. Za bardzo ufam ludziom. Dziś po raz kolejny przekonałam się że ludziom nie można ufać, że na wszystko trzeba mieć papierek uzupełniony zdjęciami. Bez tego jest się na przegranej pozycji, bo jak udowodnić że było tak jak ja mówię. I jest tylko słowo przeciwko słowu.

piątek, 7 kwietnia 2017

Niby wszystko jest...

Niby wszystko jest ok, dzień jak codzień. Nie wydarzyło się dzisiaj nic niezwykłego. Znowu towarzyszyła mi obojętność, starałam się wykonać zwykłe, codzienne obowiązki- zrobiłam obiad, pozmywałam naczynia, poodkurzałam. Dla większości to nic nie znaczące, proste obowiązki dla mnie to jak wejście na Mount Everest, wielki wyczyn, wielki wysiłek.

czwartek, 6 kwietnia 2017

Samobójstwo...

To nie jest rozwiązanie, to ucieczka od życia, to ucieczka od samej siebie. Tylko nic nie poradzę na to, że ja ciągle o tym myślę, wyobrażam sobie jak to robię. Wiem, że jeżeli się na to zdecyduje to zrobię krzywdę swojej rodzinie, swojej córce. Nie jestem jednak w stanie przestać o tym myśleć, to siedzi głęboko we mnie, pojawia się i opanowuje całkowicie moje myśli. Staram się zwalczać te myśli, nie poddawać się im, jest to jednak coraz trudniejsze, coraz częściej myślę żeby się im poddać, przestać z nimi walczyć... zakończyć to swoje życie, zostawić wszystko za sobą.

Jestem beznadziejna

Jestem głupia, brzydka, po prostu beznadziejna. Wczoraj nie byłam w stanie wstać rano i wybrać córki do szkoły, nie dałam rady się podnieść z łóżka. Nie radzę sobie z obowiązkami domowymi, do pracy też nie chodzę bo nie dam rady, jestem na zwolnieniu lekarskim i coraz bardziej pogrążam się w szaleństwie. Mam dość samej siebie, nienawidzę siebie.  Ciągle myślę o odebraniu sobie życia ale nawet na to brakuje mi siły, a przede wszystkim odwagi.

środa, 5 kwietnia 2017

Zniknąć...umrzeć

Chciałabym zniknąć. Żeby tak móc być przezroczysta, niewidzialna. Chciałabym umrzeć, skończyć to swoje beznadziejne życie.

wtorek, 4 kwietnia 2017

Męczy mnie...

Męczy mnie ciągłe siedzenie, nic nie robienie. Chciałabym wstać i zacząć coś robić, sprzątać, gotować, prasować lub cokolwiek innego zrobić. Jednak na wszystko brakuje mi siły i chęci, wszystko mnie przerasta, nawet najprostsze rzeczy stają się niewykonalne.

poniedziałek, 3 kwietnia 2017

Brak mi sił...

na takie codzienne, zwykłe obowiązki. Nie potrafię zająć się domem, pozmywać naczyń, ugotować obiadu, odrobić z córką lekcji, zrobić zakupów itp. Zresztą jest mi obojętne czy w domu jest bałagan czy porządek, czy w lodówce jest coś do jedzenia albo czy  córka ma odrobione lekcje. Jedyne na co mnie stać to leżenie lub siedzenie i bezmyślne gapienie się całymi godzinami w telewizor.

sobota, 1 kwietnia 2017

Ludzie nie rozumieją...

Ludzie, zdrowi ludzie na co dzień nie myślą o śmierci. Ludzie tak bardzo chcą żyć, mają instynkt samozachowawczy...a myśl,że ktoś może nie chcieć żyć jest dla nich nie do zaakceptowania, nie do przyjęcia. Nie są w stanie tego zrozumieć, że ktoś myśli inaczej. Śmierć kojarzy się z czymś złym, ze smutkiem, z stratą kogoś bliskiego. Śmierć wywołuje strach...