czwartek, 7 czerwca 2018

Ogarnął mnie strach, tracę nadzieję.


I niby jest dobrze a nie jest. Nie jest też niby aż tak źle ale dobrze też nie, a do tego żeby było w porządku i spokojnie bardzo daleka droga a cel jest zaczynam myśleć, że nieralny do osiągnięcia.

Ja z tym całym swoim majdanem, życiowym bałaganem chcę zmieniać swoje życie i to wcale nie na lepsze. Do takich to wniosków dochodzę myśląc o tym wszystkim. Ja która miałam pewną pracę, w miarę dobre zarobki, w każdym razie takie które pozwalały mi się utrzymać na powierzchni zapragnęłam zmian, rozwoju, czegoś więcej od życia. Zamiast siedzieć cicho i cieszyć się z tego co mam to zapragnęłam pójść dalej, zrobić niepewny krok do przodu, zmienić całe swoje życie, bo z tym wszystkim wiąże się zmiana pracy. Z niepewnością, strachem, mniejszymi zarobkami ale nie tak małymi żeby otrzymać jakąś pomoc z GOPS-u, z niepewną bliższą i dalszą przyszłością.

O tym wszystkim zaczęłam myśleć dopiero teraz kiedy termin odejścia zbliża się nieubłaganie, kiedy za chwilę dosłownie znajdę się w nowym miejscu, wśród całkowicie nowych, nieznanych sobie osób, w pracy z którą nic nigdy nie miałam wspólnego- praca w sklepie.

W mojej głowie krążą miliony myśli niezbyt pozytywnych, które ściągają mnie w dół, w przepaść… ba w otchłań. Zmiany wiem, że zawsze są trudne, że zawsze powodują obawę i strach ale czy to te właśnie uczucia mają decydować o naszym życiu, nadawać mu kierunek? Czy przez to, że odczuwamy lęk mamy stać w miejscu albo co gorsze cofać się do tyłu? Strach jest tym uczuciem które ma nas motywować do działania a nie odwrotnie. Panikuję wiem o tym ale nie potrafię nad tym zapanować…

wtorek, 5 czerwca 2018

Nie jestem dobra w...

Nie jestem dobra w pocieszaniu, dawaniu dobrych rad, rozwiazywaniu problemów innych...kiedy ktoś przy mnie płacze nie wiem jak się zachować...przytulić czy tylko siedzieć obok i być. Ja kiedy się sypie i płaczę nie chcę, nie lubię jak ktoś próbuje mnie przytulić, powoduje to, że jeszcze trudniej mi nad sobą zapanować, opanować się, uspokoić, wyciszyć...
Nie potrafię mówić o tym co czuję, co przeżywam, nie umiem i nie chcę mówić o swoich uczuciach i odczuciach, o swoich emocjach. Mówienie o tym co aktualnie przeżywam uważam za słabość -tak zostałam wychowana, życie i ludzie nauczyli mnie, że nikogo nie obchodzi to co we mnie siedzi.
Inni tak zresztą jak i ja sama wolę widzieć wokół siebie uśmiechnięte twarze, zadowolonych ludzi, w dobrym humorze, spokojnych a nie wiecznie niezadowolonych, smutnych, wkurzonych. Z tymi pierwszymi łatwiej żyć, łatwiej pracować czy rozmawiać. Ja należę do raczej do drugiej grupy chociaż bardzo się staram...przede wszyskim nie utrudniać życia innym, nie psuć im humoru, nie utrudniać pracy... różnie to jednak czasem wychodzi bo nie zawsze jestem w stanie odgonić zły humor, nie myśleć o nieprzyjemnych rzeczach, ukryć zmęczenie, znużenie, złość...

niedziela, 3 czerwca 2018

Samotny poranek...

W nocy nie spałam dobrze, budziłam się parę razy... coś mi się śniło ale nie pamiętam co... Obudziłam się z uczuciem samotności, której niby chciałam jednak jak się okazuje nie do końca byłam na nią gotowa. Robiąc sobie kawę popłakałam się... Wiecie gdzie ktoś ostatnio mi zrobił kawę? Na mitingu! O czym to świadczy, o tym jak bogate życie towarzyskie prowadzę... w zasadzie nie mam życia towarzyskiego. Mam tylko pracę i dom i tak krążę od jednego miejsca do drugiego zachaczając po drodze o sklep czasem... Mam 30 lat a czasem czuję się jak staruszka, która czeka już tylko na śmierć bo nic ciekawszego w jej życiu się już nie wydarzy. A ja chciałabym... no właśnie czego? Mam córkę, która czeka na mnie w domu, która mnie potrzebuje jednak któregoś dnia to się zmieni...mam pracę i jakichś znajomych niby nie jest aż tak źle... a ja...
Potrzebuję chyba najbardziej poczucia bezpieczeństwa...

piątek, 1 czerwca 2018

Jestem sama ale nie samotna- zbiór myśli z róznych stanów

Czasem czuję się bardzo samotna... potrzebuję tego kogoś większego, silniejszego ode mnie, takiego kogoś kto będzie na co dzień, doradzi, podtrzyma na duchu, potrzyma za rękę, kto będzie a najważniejsze kogoś z kim będę mogła podzielić się odpowiedzialnością za decyzje i wybory zarówno te dotyczące dnia codziennego jak i te większe, które mogą mieć różne konsekwencje np. zmiana pracy.

Głowa pełna myśli niepoukładanych, poplątanych,  często nie moich, zagubionych i odnalezionych czasem na nowo po latach.
Siedzę tak sobie sama w domu, córka na placu zabaw z koleżankami, i myślę sobie, że muszę przyzwyczaić się, zaakceptować fakt, że Młoda rośnie, staje się coraz bardziej samodzielna i że będzie mnie coraz mniej potrzebować, a zwłaszcza, że będzie coraz mniej czasu spędzać ze mną… i że zaczyna mieć jakieś swoje życie, jakieś swoje sprawy. I że przyjdzie taki dzień kiedy wyfrunie z gniazda i zacznie swoje życie a ja zostanę sama. I tego się boję...

Ach mieć kogoś, iść z kimś przez życie, ramię w ramię, razem pokonywać kłopoty i razem cieszyć się z radości, budzić się razem rano, obok siebie wtuleni i zasypiać po ciężkim dniu. Być wsparciem i to  wsparcie otrzymywać, dzielić się z kimś odpowiedzialnością, dzielić wszystko, do kogoś należeć…

Nie przewidziałam do końca, że bycie samotną kobietą, samotną matką będzie aż takie trudne, i że będzie mi to aż tak ciężko znieść...

Czasem chciałabym z kimś porozmawiać…

tak po prostu, sięgam po telefon, przeglądam numery i okazuje się, że nie mam do kogo zadzwonić… to smutne. Coraz bardziej zaczyna mnie męczyć i martwić ta pustka, ta samotność, ten gruby mur którym się otoczyłam i  świat w którym się zamknęłam. I w którym w pewien  sposób zamykam Młodą. Ostatnio jednak poznałam i zaprzyjaźniłam się w pewien sposób z G., kobietą po przejściach, współuzależnioną, z dużym bagażem doświadczeń a mimo to pozytywnie nastawioną do świata i ludzi, szukającą we wszystkim pozytywnych stron. I ja która nie ufam ludziom i nikogo obcego nie wpuszczam do swojego życia jej pozwoliłam wejść, chociaż to raczej ona siłą wdarła się do mojego świata, przebiła głową mur, którym się otoczyłam i wyciąga mnie do ludzi i pokazuje, że na zewnątrz wcale nie jest tak strasznie. Zawsze wierzyłam w anioły na ziemi, ludzi posłanych i postawionych na mojej drodze przez Boga, poznanych nie przez przypadek i tak sobie myślę, że ona jest taką osobą. Kimś kto próbuje mnie przywrócić do świata żywych.

kolejna sobota niby wolna a nie wolna… tak jak w moim życiu, niby jestem wolną kobietą, samotną, z nikim się nie spotykającą a jednocześnie jestem nadal związana z byłym chociażby przez to, że mamy córkę. Często też pojawiają się pytania o ty czy z kimś jestem, poszła nawet wieść, że za maż wychodzę niedługo. Ciekawe, bardzo ciekawe… zastanawiam się tylko za kogo (?) i po co (?)...


niedziela, 8 kwietnia 2018

Jestem silna bo... odeszłam...


Ludzie którzy nie znają mnie zbyt dobrze, którzy nie są zorientowani w mojej sytuacji, tacy z którymi pracuję, których częściej lub rzadziej spotykam, sąsiedzi itd., uważają mnie za silną, odważną kobietę, która zdecydowała się odejść od wieloletniego pijącego partnera i zacząć wszystko od nowa. I tak powinno być. Trzeba zachowywać pozory siły, nie pokazywać na co dzień, że ma się słabsze dni, że nie zawsze wszystko jest ok, że czasem wyje się w nocy do poduszki z bezsilności. Najważniejsze w tym wszystkim moim zdaniem jest to żeby się nie poddawać, żeby iść do przodu. Mieć wątpliwości,  gorsze dni ale nie dawać się im, konsekwentnie, małymi krokami iść do przodu. Ja też mam wątpliwości, czasem chciałabym zawrócić z obranej drogi ale to ja powtarzam przecież, że nie wchodzi się po raz kolejny do tej samej rzeki, prawda? Parę lat temu to zrobiłam, dałam kolejną szansę i niestety nic dobrego z tego nie wynikło, było dobrze ale tylko przez jakiś czas a potem mój były, powoli stawał się taki jaki był przed rozstaniem a ja mu  na to pozwalałam, niezmiennie wierząc, że będzie dobrze, że może to tylko chwilowe. Parę kolejnych lat straciłam… dla kogoś kogo już dawno miało w moim życiu nie być. A mimo wszystko zastanawiam się czy dobrze zrobiłam. Ja wiem, że dobrze zrobiłam, że nie mogłam inaczej, że dokonałam jedynego słusznego wyboru a mimo to… nie wierzyłam tym wszystkim kobietom po przejściach i trudnych rozstaniach, tym bitym i maltretowanym, tym na którymi kochający mężowie i partnerzy znęcali się całymi latami, że tęsknią, że zastanawiają się nad powrotem, że wierzą że on może się zmienił albo że dla nich się zmieni i czasem wracają. Ja też wróciłam i dlatego wiem, że powrót znaczy powrót do tego samego co było bo on się nie zmieni. Być może dla innej kobiety, być może po wielu latach ale nie dla was, nie teraz i nie ma sensu cierpieć dalej. I jeszcze jedno co też często powtarzam: jeżeli dałyście radę przez kilka, kilkanaście lat być kimś kto was poniżał, bił, dla kogo byłyście nikim, gównem to uwierzcie poradzicie sobie same bez tej kuli u nogi, która was ciągnie w dół. Nie obiecuję wam, że będzie lekko ale damy radę bo jesteśmy silne, silniejsze niż myślimy a co nas nie zabije sprawi, że będziemy jeszcze silniejsze i niezwyciężone.

Nie chcę wracać do...? Trzeźwieję.

     Muszę iść do sklepu, w zasadzie nic nie muszę ale powinnam iść do sklepu, kupić coś na jutrzejszy obiad. Jak nie zrobię tego dziś to jutro na pewno nie bo sklepy zamknięte a ja dziś nie chcę… dziś mi źle, dziś mi smutno, dziś jest tak, że nic tylko się napić i zapomnieć, zniknąć, odciąć się od wszystkich i wkurza mnie to i boli, że jestem sama i że w razie czego nie ma obok mnie nikogo kto by mnie powstrzymał, kto by powiedział,  że nie tędy droga, kto by w ostateczności zatrzymał mnie siłą w domu, kto zabrałby mi tą butelkę pozornie pełną szczęścia i ulgi i kto przytuliłby mnie wbrew mnie… a tymczasem ktoś kto wie o moim problemie pije przy mnie i prosi żebym mu kupiła piwo, ktoś inny nie wierzy, że jestem uzależniona i nie widzi żadnego problemu w tym żebym sobie chlapnęła, beztrosko mówi, że sam akurat pije zimniutkie piwko nie zdając sobie sprawy z tego co mi robi wypowiadając te słowa. A ja już nie chcę pić, nie chcę się wstydzić i czuć się bezsilna… czuć, że nie panuję nad swoim życiem, że ono tak jakby dzieje się obok mnie a ja w nim jestem bo jestem ale tak naprawdę to jest tylko moje ciało, a ja jako ja jestem nieobecna. I mam ochotę wykrzyczeć tym wszystkim niby to bliskim osobom, że jestem alkoholiczką i że to jest prawdziwe, i że ja tego sobie nie wymyśliłam i że oni pewnymi swoimi zachowaniami powodują to, że ja bardzo cierpię, zarówno psychicznie jak i fizycznie i … że to wpływa na moje zachowanie wobec córki, na mój nastrój i na moje podejście do życia. Więc z tego miejsca proszę uszanujcie mnie i moją chęć zmiany swojego życia!


Jeżeli nie potrafisz zaakceptować mnie trzeźwą nie ma miejsca dla ciebie w moim życiu. Jeżeli mówisz, że mnie szanujesz, uszanuj moją decyzję o byciu  trzeźwą, decyzję o życiu bez alkoholu. Wiem to trudne bo znasz mnie jedynie taką jaką byłam kiedy piłam, z pijanym myśleniem, słabą i bezbronną a teraz dużo się zmieniło, ja się zmieniłam… dojrzałam (?) może… ale wiem, że już nie chcę pić, nie chcę się wstydzić! Mam dla kogo się zmieniać, mam dla kogo trzeźwieć, dla kogo stawać się silniejsza i bardziej odpowiedzialna. Mam córkę, to jedyna osoba na której mi tak naprawdę zależy i która mnie kocha bez względu na wszystko. Nie mogę sobie a tym bardziej jej obiecać, że już nigdy nic, że już nie będzie w moim życiu alkoholu. Wczoraj dopadł mnie „głód alkoholowy” z którym tym razem sobie poradziłam ale nie wiem czy nie nadejdzie  dzień, że powiem pierdzielę to wszystko i nie zacznę od nowa.

Co mnie powstrzymuje od sięgnięcia po piwo, bo to je głównie piłam? Świadomość, przekonanie, że na jednym się nie skończy, że jak zacznę to popłynę i nie będę potrafiła samodzielnie wyjść z ciągu i zacząć na nowo trzeźwieć. W końcu uznałam swoją bezsilność wobec alkoholu, zrozumiałam, że z nim nie wygram, on jest silniejszy. Co mi pozostaje? Życie bez niego? Nie, tak się nie da, on zawsze będzie obecny w różnych formach w moim życiu, chociażby na półce w sklepie. Więc co mi pozostaje? Życie obok niego, zaakceptowanie faktu, że on jest ale nie dla mnie. Jak to gdzieś przeczytałam, że niejako jestem na niego uczulona i dlatego mi nie wolno.

  Dwa miesiące bez alkoholu? Jak jest? Jest dobrze, bywa ciężko, pojawia się czasem chęć sięgnięcia po niego ale na co dzień o tym nie myślę. Chodzę co tydzień na miting w mojej miejscowości, powoli poznaję ludzi i zaczynam się z nimi zżywać, bo oni są tacy jak ja. Dokonali wyboru i trwają w nim, mają problemy, wątpliwości, zdarzają się upadki ale idą na przód. Co zauważyłam i z czego bardzo się cieszę to to, że odkąd nie piję i nie palę poprawił mi się nastrój, lepiej  śpię, inaczej myślę i w ogóle lepiej mi się funkcjonuje. Jestem bardziej pozytywna, mam więcej siły i chęci do życia. Tak naprawdę to nie wiem do końca czy to wpływ trzeźwości czy wiosny, pewnie jedno i drugie ale to nie ważne, cieszę się, że jest jak jest.




sprawa o ograniczenie władzy dla ojca

    Dzisiaj jest dla mnie trudny dzień, dzień ze sprawą o ograniczenie władzy rodzicielskiej dla ojca Młodej… nigdy nie sądziłam, że dojdzie do takiej sytuacji. Bardzo zależało mi zawsze aby ona miała ojca, znała go, mieszkała z nim, tym bardziej że ja swojego biologicznego ojca nie znam. W tym celu byłam nawet gotowa poświęcić siebie.  I znam te wszystkie: nie ważne kto zrobił, ważne kto wychował. Tak to prawda, w pełni się z tym zgadzam ale gdzieś w głębi serca, na samym dnie duszy jest ta chęć poznania „dawcy spermy” jak ja go nazywam, zobaczenia i porozmawiania z nim chociaż raz…porównania się z nim. Dlatego tez myślę sobie, że nie należy ukrywać przed dziećmi prawdy o rodzicach, kiedyś to i tak wyjdzie – ja się dowiedziałam od obcego faceta, że mężczyzna do którego mówię tato nie jest moim ojcem, takie zostały użyte słowa. Ja nawet nie rozumiałam o co chodzi, byłam zdziwiona i zaskoczona, pamiętam, że pokłóciłam się z tym facetem o to, no bo jak to. Cały świat mi się wtedy zawalił, dlaczego nikt mi nie powiedział, byłam pełna buntu i złości na cały świat i ta złość towarzyszy mi w mniejszym lub większym stopniu przez całe życie. I moja córka zna swojego ojca, mieszkaliśmy razem przez wiele lat a on doprowadził swoim zachowaniem i postępowaniem do sytuacji w której Młoda przychodzi i prosi mnie żebym nie pozwalała mu u nas zostawać, nie pozwalała mu u nas przenocować. Przychodzi i pyta czy musi od niego odbierać telefon? Nie, nie musi. Ma 10 lat i ma już prawo podejmować swoje decyzje, zwłaszcza w tak ważnych sprawach, nie mogę jej do niczego zmuszać. Zabolało mnie to jednak bo to dowodzi tego, że nie było warto walczyć o niego, że może a raczej na pewno, trzeba było zakończyć to wszystko wcześniej…dobrze jednak, że w końcu zmądrzałam a może po prostu dojrzałam.

     Sprawa zakończyła się ograniczeniem władzy rodzicielskiej do prawa do informacji o kształceniu i wynikach w nauce, czyli właściwie do niczego, to ja podejmuję wszystkie decyzje.

wtorek, 20 marca 2018

Szukam miłości...

...takiej zwykłej niezwykłej, codziennej ...nie motyli w brzuchu, nie zawrotów głowy... pozbawionej całego tego szaleństwa... nie nastoletniej ale dojrzałej, spokojnej... takiej dającej poczucie bezpieczeństwa i pewność...takiej do końca...na dobre i na złe... .Szukam kogoś do kochania...kogoś kto będzie kochał mnie taką jaką jestem, kogoś dla kogo będę ważna, nie najważniejsza ale ważna, kogoś kto będzie mnie chciał, kogoś kto będzie dumny, że mnie ma, kogoś kto przytuli i wysłucha, pozwoli opowiedzieć o minionym dniu i kto sam opowie, kogoś bliskiego do przytulania i do ugotowania obiadu, do wygłupiania się i śmiania i kto będzie w trudnych chwilach, pocieszy, potrząśnie gdy będzie trzeba i czasem pochwali...takiego kogoś zwykłego, nie żadnego przystojniaka za którym inne będą się oglądały, kogoś kogo będą mi zazdrościły koleżanki (znacie to patrzycie na parę, patrzycie na męża, ojca w oczach którego pomimo upływu lat widać miłość do kobiety którą wybrał, widać, że nadal jest pewny swojego wyboru, nadal kocha, nadal ta żona jest całym jego światem i żadna inna się nie liczy... kiedy patrzysz na taką parę to po prostu wiesz...bardzo rzadko się coś takiego zdarza ale się zdarza a wyjątki potwierdzają regułę).
   Dużo chcę...? niby nie dużo a jednocześnie tak wiele. My kobiety marzymy o księciu na białym koniu który okazuje się nie do wytrzymania w codziennym życiu...a powinnyśmy może szukać takich niepozornych, niezauważalnych, będących gdzieś obok...

Ten post napisałam jakiś czas temu, teraz do niego wracam i ...doszłam do wniosku, że ja po prostu szukam tego cholernego poczucia bezpieczeństwa, przynależności do kogoś i możliwości podzielenia się odpowiedzialnością za co dzień i święta...

Miłość codzienna
bez porywów serca
kubek kawy rano
"kocham cię" nie mówione
pokazane tylko

poniedziałek, 19 marca 2018

O rozstaniu z już byłym i nowym życiu

    Parę miesięcy temu, a dokładnie 19 lipca tamtego roku postanowiłam rozstać się z moim wieloletnim partnerem i ojcem Młodej. Nikt a także ja sama nie wierzyłam, że wytrwam w tej decyzji, tyle razy się rozstawaliśmy, tyle razy go pakowałam i zawsze wracaliśmy do siebie. On obiecywał poprawę a ja udawałam, że mu wierzę. Ba! Ja naprawdę wierzyłam, że on się może zmienić, że może właśnie tym razem coś do niego dotarło, że zacznie pracować nad sobą, że się postara, że po prostu będzie dobrze...! Niestety nie było...Jak było naprawdę, co działo się w naszych czterech ścianach to wiemy tylko my, czasem mam wrażenie, że tylko ja ...no i Młoda...bo druga strona tego związku uważa, że...same domyślcie cię co, te które coś takiego przeżyły wiedzą na pewno. Tak więc koniec końców zostałyśmy we dwie i to była najlepsza decyzja, zarówno dla mnie jak i dla Młodej, wiemy co zastaniemy w domu po powrocie ze szkoły i pracy, nie czekamy na powrót "tatusia", nie musimy uważać co mówimy, jak się zachowujemy itp., itd. Oczywiście, że bywa ciężko, dla mnie pod względem finansowym, odpowiedzialności, ilości obowiązków itd. a i dla córki dużo się zmieniło, myślę, że mimo wszystko na lepsze. Obie uczymy się na nowo żyć, funkcjonować, radzić sobie...na początku towarzyszyła nam przez wiele miesięcy euforia, że jesteśmy same, teraz powoli przyzwyczajamy się na spokojnie do tego stanu rzeczy, nasze wyobrażenia mierzą się z realnym życiem. Jednakże mimo wszystko, mimo wszystkich ciężkich chwil nie żałuję decyzji o rozstaniu, nadal się nią cieszę, powoli odzyskuję spokój, pewność siebie to wszystko co zabrały mi te wszystkie lata...i wam drogie "ludki z cyckami" (jak to mówi mój znajomy), życzę odwagi do podejmowania ryzyka, odwagi żeby się rozstać i pozwolić sobie w końcu żyć

niedziela, 18 marca 2018

Kolejny poniedziałek....trzeźwy

Wiele osób obudzi się dzisiaj z bólem głowy, suchością w ustach i wieloma innymi objawami kaca zastanawiając się jak przeżyć ten dzień i ja wiele razy tak właśnie miałam.
   Ten poniedziałek jest dla mnie kolejnym trzeźwym poniedziałkiem kiedy wstaję i nic mi nie dolega, to powoduje, że zaczynam lubić nawet ten dzień! Nowy tydzień, nowy początek i kolejne 24h do przeżycia. Tylko to się liczy. I nawet to, że zima wróciła i jest zimno, i biało, i niekoniecznie przyjemnie na dworze nie jest w stanie zepsuć mi radości z tego poranka i to jest dla mnie powód do trwania w swoim postanowieniu o niepiciu - trzeźwe poranki, kiedy bez obaw i z nową energią mogę zacząć kolejny dzień, tydzień...