Czasem czuję się bardzo samotna... potrzebuję tego kogoś większego, silniejszego ode mnie, takiego kogoś kto będzie na co dzień, doradzi, podtrzyma na duchu, potrzyma za rękę, kto będzie a najważniejsze kogoś z kim będę mogła podzielić się odpowiedzialnością za decyzje i wybory zarówno te dotyczące dnia codziennego jak i te większe, które mogą mieć różne konsekwencje np. zmiana pracy.
Głowa pełna
myśli niepoukładanych, poplątanych, często nie moich, zagubionych i odnalezionych
czasem na nowo po latach.
Siedzę tak
sobie sama w domu, córka na placu zabaw z koleżankami, i myślę sobie, że muszę
przyzwyczaić się, zaakceptować fakt, że Młoda rośnie, staje się coraz bardziej
samodzielna i że będzie mnie coraz mniej potrzebować, a zwłaszcza, że będzie
coraz mniej czasu spędzać ze mną… i że zaczyna mieć jakieś swoje życie, jakieś
swoje sprawy. I że przyjdzie taki dzień kiedy wyfrunie z gniazda i zacznie swoje życie a ja zostanę sama. I tego się boję...
Ach mieć
kogoś, iść z kimś przez życie, ramię w ramię, razem pokonywać kłopoty i razem
cieszyć się z radości, budzić się razem rano, obok siebie wtuleni i zasypiać po
ciężkim dniu. Być wsparciem i to wsparcie
otrzymywać, dzielić się z kimś odpowiedzialnością, dzielić wszystko, do kogoś
należeć…
Nie
przewidziałam do końca, że bycie samotną kobietą, samotną matką będzie aż takie
trudne, i że będzie mi to aż tak ciężko znieść...
Czasem
chciałabym z kimś porozmawiać…
tak po
prostu, sięgam po telefon, przeglądam numery i okazuje się, że nie mam do kogo
zadzwonić… to smutne. Coraz bardziej zaczyna mnie męczyć i martwić ta pustka,
ta samotność, ten gruby mur którym się otoczyłam i świat w którym się zamknęłam. I w którym w
pewien sposób zamykam Młodą. Ostatnio
jednak poznałam i zaprzyjaźniłam się w pewien sposób z G., kobietą po
przejściach, współuzależnioną, z dużym bagażem doświadczeń a mimo to pozytywnie
nastawioną do świata i ludzi, szukającą we wszystkim pozytywnych stron. I ja
która nie ufam ludziom i nikogo obcego nie wpuszczam do swojego życia jej
pozwoliłam wejść, chociaż to raczej ona siłą wdarła się do mojego świata,
przebiła głową mur, którym
się otoczyłam i wyciąga mnie do ludzi i pokazuje, że na zewnątrz wcale nie jest
tak strasznie. Zawsze wierzyłam w anioły na ziemi, ludzi posłanych i
postawionych na mojej drodze przez Boga, poznanych nie przez przypadek i tak
sobie myślę, że ona jest taką osobą. Kimś kto próbuje mnie przywrócić do świata
żywych.
kolejna
sobota niby wolna a nie wolna… tak jak w moim życiu, niby jestem wolną kobietą,
samotną, z nikim się nie spotykającą a jednocześnie jestem nadal związana z
byłym chociażby przez to, że mamy córkę. Często też pojawiają się pytania o ty
czy z kimś jestem, poszła nawet wieść, że za maż wychodzę niedługo. Ciekawe,
bardzo ciekawe… zastanawiam się tylko za kogo (?) i po co (?)...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz