Wyrzuciłam wszystkie leki, i te silne na receptę i te kupowane bez. Wyrzuciłam żyletki, stępiłam noże, popaliłam wszelkie sznurki i żyłki... a wszystko po to żeby nie kusiło a realizacja mojego planu stała się maksymalnie trudna.
To zapisałam w swoim zeszycie.
Zrobiłam to wszystko pod wpływem chwili działając resztkami świadomości. Z perspektywy czasu wiem, że dobrze zrobiłam, pewnie gdyby nie to już targnełabym się na swoje życie. Ktoś powie, że gdybym naprawdę tego chciała to znalazlabym sposób żeby to zrobić. Tylko, że ja chce żyć, a myśli o śmierci są wynikiem mojej choroby, ja nie panuję nad nimi, pojawiają się z nikąd, są bardziej chęcią ucieczki aniżeli faktycznie chęcią śmierci.
Jeżeli ktoś z waszych bliskich mówi o śmierci, o odebraniu sobie życia potraktujcie to poważnie. To jest wołanie o pomoc.
A wy co o tym myślicie? Macie wokół siebie niedoszłych samobójców? A może ktoś zna osoby które odebrały sobie życie?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz