12 maja tego roku po raz kolejny próbowałam ze sobą skończyć i znowu tak się stało, że przeżyłam. Głównie na złość sobie bo miałam już wszystkiego dość. Powinnam nie żyć a jednak dalej muszę trwać. Co zrobiłam? Nałykałam się tabletek i popiłam alkoholem, dodam że trzeźwa nie byłam. Miałam wszystko zaplanowane, byłam sama: córka na wycieczce, partner nie wiadomo kiedy wróci, telefon wyłączony... tym razem miało się udać. Kurwa! Obudziłam się w szpitalu i czułam, że żyję, w pasach, w krwi, brudna i mokra, w siniakach które nosiłam na sobie jeszcze parę tygodni. Jak się obudziłam to chciałam wyjść i dokończyć dzieło. Raz że byłam unieruchomiona, dwa że jak w końcu pozwolili mi wstać nie mogłam utrzymać się na nogach, 120 tabletek zrobiło swoje. Przywieźli mnie do szpitala psychiatrycznego, przez parę dni nie byłam w stanie wstać z łóżka, położyli mnie na izolatce, pod kamerami, zero prywatności. Jak poszłam do toalety szukając chwili dla siebie przyszła pielęgniarka i zaczęła dobijać się do drzwi, poszła sobie dopiero jak wyszłam stamtąd.
Pamietam najbardziej to pytanie: bedziesz grzeczna czy zapinamy pasy. Jasne, że będę grzeczna, wystarczą mi te siniaki co mam.
Od tego wydarzenia minęły prawie dwa miesiące... Zdecydowałam się na terapię odwykową bo nie dość, że depresja to i uzależniona od alko. Dziś wiem, że depresji alkoholem nie da się wyleczyć.
sobota, 8 lipca 2017
Koniec depresji?
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz